Przez cały rok narzekamy na brak czasu. Marzymy o kilku dniach bez obowiązków, telefonów i pośpiechu. Wydaje się, że samotny urlop powinien być idealną okazją do odpoczynku. A jednak wiele osób odkrywa wtedy coś zaskakującego – zamiast ulgi pojawia się niepokój.
Kiedy cichnie codzienny hałas, zaczynamy słyszeć własne myśli. Nie ma już pracy, która odciąga uwagę, ani listy spraw do załatwienia. Zostajemy sami ze sobą. I właśnie to dla niektórych okazuje się najtrudniejsze.
Z perspektywy psychodynamicznej samotność nie jest problemem sama w sobie. Ważniejsze jest to, jak przeżywamy bycie ze sobą. Jeśli przez lata nauczyliśmy się zagłuszać napięcie aktywnością, obecnością innych czy nieustannym działaniem, chwila ciszy może odsłonić uczucia, które dotąd pozostawały poza świadomością – smutek, pustkę, lęk czy tęsknotę.
To dlatego jedni wracają z samotnego wyjazdu z poczuciem wewnętrznego spokoju, a inni z przekonaniem, że „coś jest ze mną nie tak". Tymczasem nie chodzi o to, że samotność nam szkodzi. Często ujawnia jedynie to, co od dawna nosimy w sobie.
Może więc warto spojrzeć na takie doświadczenie nie jak na porażkę, ale jak na ważną informację o sobie.
Bo umiejętność bycia z drugim człowiekiem zaczyna się od umiejętności bycia z samym sobą.
A czasem właśnie wakacyjna cisza pozwala usłyszeć to, czego przez cały rok nie było słychać.